23.06.2017

Kici kici miał - Metalowy efekt kociego oka od Claresy

Cześć,
Jeśli śledzisz mnie na portalach to z pewnością już wiesz, że marka Claresa zaproponowała mi wejście do grona dziesięciu Ambasadorek i możliwość przetestowania różnych produktów z asortymentu. Bardzo mnie to ucieszyło, bo po testach nowej formuły w których również wzięłam udział strasznie się polubiłam z lakierami tej marki :) Tym oto sposobem mogę Ci dzisiaj przedstawić produkt z Linii Magnetic o iście królewskiej nazwie Royal Blue.


Linia Magnetic to lakiery nadające efekt dość popularnego obecnie kociego oka. O co chodzi? A o to, że na tafli mieniącego się koloru tworzymy cienką poświatę za pomocą magnetycznej płytki. Całość przypomina piękne oko kociaka <3


Royal Blue to  odcień niebieskiego z mnóstwem opalizujących drobinek, które pod wpływem magnezu układają się w złotą poświatę. Początkowo miałam problem z ułożeniem płytki w odpowiedni sposób ale szybko idzie to opanować :)  Lakier sam w sobie ma nową formułę Claresy i nie mogę się tu przyczepić bo już nie raz pisałam, że jest dla mnie odpowiednia.Jedyna rzecz jaka mnie drażni to zapach. Mocny i taki właśnie metalowy ze względu na drobinki.


Nie mam jeszcze stylizacji bo dałam paznokciom trochę odpocząć ale przy najbliższej okazji z pewnością go wypróbuję bo efekt bardzo mi się podoba :)


04.06.2017

Najbardziej "matowy" mat do ust jaki znam

Cześć,

W tą przepiękną niedzielę siadłam do posta o baaardzo znanych i lubianych produktach do ust od Golden Rose. Nie znam osoby, która by nie słyszała o matowych pomadkach w płynie w mega napigmentowanych kolorach. O ich popularności jeszcze bardziej przekonałam się teraz, gdy zaczęłam prace na wyspie GR. 9 na 10 klientek zainteresowanych produktami do ust pyta właśnie o Longstay Liquid Matte Lipstick. I wiesz co? Ja się im wcale nie dziwię :)


Zanim cokolwiek napiszę pragnę zaznaczyć, że opinia ta jest obiektywna i nie reklamuję tu produktu ze względu na własne korzyści. To, że pracuję w Golden Rose nie ma żadnego wpływu na posty, które będę zamieszczać na blogu :)

Na wstępie opowiem Ci krótko o firmie. Mało kto wie, że kosmetyki te pochodzą z Turcji i produkowane są już od wielu lat pod postaciami różnych nazw. Bo Golden Rose to nie tylko produkty sygnowane tą nazwą ale także Miss Selene, Classic czy Roxanne. Niektóre produkty dustrybutowane są w Niemczech (markery do ust) lub we Francji ( francuskie komponenty w perfumach Roxanne). Ale nie to jest dzisiaj najważniejsze.


W swojej prywatnej kolekcji mam tylko trzy kolory matowych pomadek w płynie: 06,03 i najbardziej rozsławiony przez gwiazdy You Tube 10. W pracy jednak mogę obmacać i wypróbować wszystkie odcienie no i oczywiście mam swoich ulubieńców w całej serii. A seria na chwilę obecną zawiera aż 26 kolorów - od delikatnych nudziaków, po mocne róże, soczyste czerwienie i ciemne burgundy. Można przebierać do woli :)

Idąc tropem kolorystyki pokarzę Ci swoje łupy.
06 to nietypowa czerwień. Swoją nietuzinkowość zawdzięcza temu, że przypomina bardziej malinę i jest delikatnie zgaszona. Dostosowuje się również do pigmentu ust i tak u mnie wpada w żywą   jasną czerwień a u ciebie może pozostać taką chłodną malinką.

03 jest brudnym różem z dominacją fioletowych tonów. To co w niej wyjątkowego to drobne, złote refleksy odbijające światło. Ten kolor sprawdzi się na co dzień i na wieczorne wyjścia. Jednak należy go bardzo oszczędnie nakładać, bo inaczej cały urok złotych drobinek znika.

10 to najpopularniejszy odcień i kobiety kupują ją bardzo często. Bardzo często również robią to niepotrzebnie bo jest ona baaaardzo specyficznym odcieniem i niestety mało komu pasuje. Ja ją lubię bo u mnie jakoś ta trupia sinizna wygląda ale zazwyczaj odradzam Paniom wyboru tego numerka.



Jak już wspomniała na początku, produkt posiada bardzo mocny pigment. Często słyszę o trudnościach z pozbyciem się tego pigmentu podczas demakijażu i sama tez się nie raz o tym przekonałam. Tak samo ma się sprawa trwałości. Usta pomalowane raz spokojnie przetrwają cały dzień w pracy czy wieczorne wyjście. Niestety jednak pomadki mogą spowodować uczucie wysuszenia na ustach. Ale i na to jest rada. Producent wypuścił bazę pod te pomadki w formie sztyftu lub konturówki, której zadaniem jest nawilżenie ust i zabezpieczenie przez wyschnięciem oraz łatwiejszy demakijaż.
Forma płynna produkty wymusiła opakowanie tradycyjne jak przy błyszczykach, wykończone troszeczkę zbyt szerokim jak dla mnie aplikatorem. Przy wąskich ustach może być ciężko z równomiernym nałożeniem produktu. Mają delikatny zapach, trochę ciężki do opisania.


Cena tych pomadek to 19,90 zł w regularnej sprzedaży. Warto jednak obserwować akcje promocyjne Golden Rose ponieważ można trafić na świetne okazje i promocje. 
Powiem więc śmiało, że jeżeli poszukujesz produktu trwałego, matowego i mocno napigmentowanego to Longstay Liquid Matte Lipstick jest strzałem w dziesiątkę! Z całego serducha polecam, a jeśli jesteś z okolic Przemyśla to zapraszam do Galerii Sanowa :) Z chęcią pomogę i znajdę odpowiedni odcień. 



30.05.2017

Claresa podąża nowymi ścieżkami

Cześć,

Po wielu trudnościach ( czy Tobie też coś blokuje pisanie postów na Bloggerze??) nadeszła pora na moje trzy grosze w kwestii nowej formuły lakierów hybrydowych od Claresy. Mam je już chwilkę ale jestem daleko w tyle z recenzją,  ponieważ wszystkie moje koleżanki po fachu już dawno zrecenzowały swoje paczki. U mnie nie obyło się oczywiście bez zamieszania i pierwsza przesyłka zniknęła na poczcie ( ktoś ją sobie przygarnął) :( Ale całe szczęście szybko zostało to naprawione i tak oto mogę dziś napisać wszystko co uważam za istotne.


Już po tytule możesz zobaczyć, że nie będzie to recenzja negatywna. I piszę to z czystym sumieniem ponieważ nie wyobrażam sobie, że mogę coś złego o tych lakierach napisać. Szczerze je uwielbiam i nie jest to tylko wynikiem tego, że dostałam je do testowania. Zresztą zawsze mogę odesłać Cię do postu z zeszłego roku DOKŁADNIE TU. Tak jak zaznaczyłam w tamtym poście, miarą trwałości jest u mnie tydzień. Jeżeli lakiery "siedzą" mi przez taki okres czasu zdają mój test. No i tak właśnie jest z tymi produktami.


W przesyłce dostałam Top i Bazę oraz cztery lakiery wyprodukowane wg nowej formuły. O co chodzi z tą formułą? A no o to, że "stare" lakiery miały bardzo rzadką i lejąca konsystencję i pojawiał się problem przy aplikacji. Postanowiono coś z tym zrobić i jak widać była to dobra decyzja :) Nowa formuła spowodowała, że produkt nie ścieka z pędzelka i jest odrobinę gęstszy, co powoduje bardziej komfortową aplikację.


Top i Baza się nie zmieniły więc nic nowego o nich nie napisze. Krótko tylko podsumuję, że są to jedne z lepszych produktów podstawowych z jakimi pracowałam. Moim zastrzeżeniem i jednocześnie radą jest nakładanie małej ilości produktu bo może delikatnie w lampie ściekać. Baza pięknie nabłyszcza paznokcie i co najważniejsze oba te produkty współpracują z produktami innych marek więc nie ma problemu z łączeniem.

Jeśli chodzi o gamę kolorystyczną to w moje łapki wpadły cztery kolorki, które bardzo mi się spodobały <3
405 to taka błyskotka. Chłodna czerwień z drobinkami dającymi połyskującą poświatę. Nie jest to chamski brokat tylko delikatne, perłowe wykończenie. Jedna warstwa niestety prześwituje ale nałożona na biały podkład lub wzmocniona kolejną warstwą wygląda pięknie.

400 to bliska krewna 405. Tym razem jest to ciepła czerwień wpadająca delikatnie w pomarańcz. Ten jak i pozostałe kolory są już jednolite i nie zawierają drobinek. Tutaj z kryciem jest już lepiej i dwie warstwy wystarczą :)

503 to mój ulubiony skarbek <3 Taki słodziuchny, stonowany róż. Trochę pastelowy, lekko rozbielony. Na paznokciach wygląda bardzo lekko i dziewczęco. Idealny właśnie na wiosnę czy lato. Z racji tego, że jest taki delikatny dwie warstwy to standard.

701 jest odrobinę ciemniejszy i na zdjęciu wygląda jak pomieszanie niebieskiego z fioletem ale w rzeczywistości jest to szary z lekko fioletowymi tonami. Do soczystej limonki nada się doskonale. Tak jak w przypadku reszty potrzebuje dwóch warstw.


Nie pokażę Ci dzisiaj żadnej stylizacji ponieważ moje paznokcie mają chwilowy odwyk i dochodzą do siebie po kilku hybrydach pod rząd. Ale zdradzę Ci w sekrecie, że może niedługo pomogę Ci poznać markę Claresa bardziej szczegółowo ( bo nie tylko lakiery są w ofercie) i z pewnością przygotuję Ci kilka fajnych stylizacji :)

Jeśli interesują cie lakiery to zachęcam do odwiedzenia sklepu internetowego Claresa. Bardzo często mają różne promocje w których kupisz produkty za bardzo niską cenę!


24.05.2017

Vipera Smoky Eyebrow Stencil Kit

Cześć,
Powiedz mi, czym podkreślasz swoje brwi? Bo w szale obecnej mody chyba każda z nas to robi. Jedne z lepszym, inne z gorszym skutkiem (if you know what I mean :D ) ale twardo podążamy za wyznaczonymi trendami. U mnie rutyną jest zestaw cienia i pomady do brwi z Inglota ale miałam możliwość spróbowania nowego produktu Vipery. Przyszedł do mnie cały zestaw nazwany "niezbędnikiem". Tu bym trochę polemizowała ale o tym później :) Póki co przedstawiam Ci Smoky Eyebrow Stencil Kit.


Jak widzisz na załączonym obrazku, głównym produktem jest tu cień do brwi. Dodatkowo wspomagany jest przez tradycyjny aplikator pacynkę i zestaw szablonów do narysowania sobie gotowych brwi ( taki trochę hardcore ). Całość w bardzo ładnym kartoniku zawierającym instrukcję krok po kroku.


 Skupimy się dzisiaj gównie na tym cieniu, który swoją drogą jest ogrooomny. Oczywiście odcień mam źle dobrany bo tak się kończą sugestie internetowe. Myślałam, że dostane ładny, chłodny brąz (wiem, że nawet na tych zdjęciach tak wygląda) ale niestety 02 Limbo to kolor  bardziej wpadający w ciemny, ciepły brąz. Różnice zobaczysz na mini tutorialu krok po kroku. Ogólnie zestaw dostępny jest w 9 kolorach: 01 peanut, 02 limbo, 03 pottery, 04 malibou,05 dawn, 06 uptown, 07 tunnel, 08 opera, 09 cubist.



Konsystencja produktu ma bardzo pomocną, delikatną strukturę, która bez problemu pozwala na ładne wycieniowanie i roztarcie. Ciężko mi ją określić, ale przypomina delikatnie satynowe wykończenie, ponieważ pełnym matem nie można tego nazwać. Cień jest bardzo mocno napigmentowany i z pewnością będzie wydajny.Jeżeli chodzi o trwałość to cały dzień siedzi spokojnie :) 



Tak jak wspomniałam na początku, zestaw uzupełniony jest w bardzo malutki aplikator z gąbczastą końcówką ( kompletnie nieprzydatny). Po pierwsze jest zbyt mały a po drugie lepiej sprawdzi się tu skośny pędzelek a nie pacynka. Ten sposób nie działa. Kolejny dodatek to 6 szablonów z różnymi kształtami brwi, prawdopodobnie mającymi imitować brwi znanych gwiazd kina i estrady. No cóż...W kwestii szablonów zbyt wiele nie mogę powiedzieć, ponieważ dla mnie wszelakie szablony to badziew. Nigdy brwi nie będą wyglądać ładnie i naturalnie gdy odrysujesz je od szablonu. Pominę fakt, że każda twarz ma swój indywidualny kształt brwi :) To, że Madonna dobrze wygląda nie oznacza, że Twoja twarz tez potrzebuje takiej oprawy. 



Zrobiłam taki malutki pokaz jak pomalować brwi tym cieniem. Z góry zaznaczam, że nie jest to żaden wzór do naśladowania! I oczywiście pominęłam szablony i pacynkę. Pokażę Ci najprostszy i najmniej naturalny sposób podkreślenia brwi.

1. Brwi przeczesuję grzebykiem i staram się okiełznać niesforne włoski.
2. Za pomocą cienkiego pędzelka i cienia nadaję im kształt, zaznaczając mocniej zewnętrzną część brwi.
3. Przestrzeń pod łukiem brwiowym rozjaśniam korektorem.


Gdybym miała podsumować krótko cały zestaw? Nie jest z nim źle. Kilka rzeczy mogło być przemyślanych inaczej ale sam cień jest dobrym produktem. Ja jednak jestem zdania, że do podkreślenia brwi powinno się wykorzystywać dwa odcienie produktu a w tym zestawie tego brakuje. Z racji rozmiaru można było podzielić cień na dwa i było by zdecydowanie lepiej :) Cały zestaw jest do kupienia za 27,99 zł. Hmmm to już pozostawiam Ci do własnej oceny :) 

Zestaw kupisz tu :)






 






26.04.2017

Korektor rozświetlający, który więcej przyciemnia niż rozjaśnia

Witaj,
Coś się ostatnio zaroiło na moim blogu od wszelakich bubli ;/ Albo ja mam takiego pecha do kosmetyków albo ktoś na górze planuje nadać mojemu blogowi ścieżkę bublowego zakątka w sieci. Niestety ten dzisiejszy post również nie będzie syty w pochlebstwa. Opowiem Ci trochę o korektorze RE-TOUCH LIGHT-REFLECTING Concealer  od Catrice, który miał być rozświetlający ale bardziej sprawdzi się jako brązujący...


Wiesz z jakiej firmy jest mój ulubiony korektor? Z Catrice! O ironio...jak widać produkt produktowi jednej firmy nie równy. Odcień odcieniowi również, mimo że mają taki sam numerek. No ale  zacznę od początku. Mój faworyt bardzo często jest wyprzedany, o ile całkiem nie znika z półek w kilka chwil. Jak to mówią- przezorny zawsze zabezpieczony ? No ja właśnie nie zawsze mam drugi egzemplarz w zapasie. I takim sposobem trafiłam na tego bubla. Musiałam szybko coś kupić bo zostałam z denkiem. Myślałam sobie, że skoro produkt jest rozświetlający i jak byk pisze ( mimo, że po angielsku no ale jednak pisze), że zalecany do rozjaśniania, "wygładzania" zmarszczek itp to będzie całkiem dobry. O zgrozo, jaki to był błąd!


Kupiłam zadowolona odcień najjaśniejszy z dostępnych -005 Light Nude. Pokierowałam się tu tym, że 005 z tej wersji kamuflującej jest meeega jasny i najbardziej mi odpowiada. Zaraz jakaś dobra duszyczka zapyta "To czemu nie sprawdziłaś testera? ". Tester? W tym sztucznym, rozjaśniającym, drogeryjnym świetle? Serio....? Nic by mi to nie dało.


Kolor, to porażka. 005 jest strasznie ciemny i ni jak nie nadaje się do rozświetlenia. Aż dziw bierze, że 005 w tym przypadku tak bardzo różni się odcieniem od 005 w wersji kamuflującej.


Trochę ten wpis zaczęłam od d*** strony i przyczepiłam się na wstępie do koloru ale najbardziej mnie to zirytowało. Teraz przejdę do pozostałych kwestii.

Korektor wygląda bardzo dobrze, wręcz elegancko i solidnie. Opakowanie jest metalowe, oprawione ciemnymi literami. Wnętrze zaś to czarny plastik. Aplikator w kształcie pędzelka z długimi włoskami. Jest to produkt działający na zasadzie wykręcania więc czasem trzeba się namachać tą ręką. Szczególnie przy pierwszej aplikacji. Pędzelek niestety tworzy smugi ;/


Produkt jest mało kryjący i brzydko wygląda na skórze. Robi się taka nieładna warstwa i z pewnością nie zneutralizujesz nim zasinień czy oznak starości ( a przecież takie zalety wypisane są na opakowaniu). Inwestując w ten korektor nie straciłam jakiś wielkich pieniędzy, ponieważ jest to suma w okolicach 15 zł, aczkolwiek niesmak pozostał. Zawiodłam się dość mocno na tym korektorze i nie mogę go polecić. Jeżeli u Ciebie sprawdził się lepiej i masz inne zdanie na jego temat, to podziel się tym ze mną w komentarzu :)


04.04.2017

Bordowy kameleon - czyli pora znowu coś zmalować

Cześć,

Dzisiejszy post będzie krótki i raczej skąpy w słowa, ponieważ postanowiłam w końcu dodać jakiś makijaż :) Dawno nie pokazywałam tu swoich prac i pewnie pozostało by to niezmienione, gdyby nie entuzjazm z jakim przyjęto ten makijaż na mich portalach społecznościowych. Jeżeli więc masz ochotę poznać produkty, które użyłam do stworzenia Bordowego Kameleona to zapraszam :) 


Bordowy Kameleon swoją nazwę zawdzięcza dominującym bordo z kolekcji Sugar and Spice oraz pigmentowi nr 85 z Inglota.  Jest to mocny makijaż (a nawet takie smokey eyes), bo w takich się ostatnio lubuję :) Lubię podkreślić oko i obowiązkowo dodać rzęsy! 

A oto lista produktów:

TWARZ:
- podkład Revlon Colorstay 150 Buff
- korektor Liquid Camouflage 005 Light Natural
- puder MySecret Loose Transparent Powder 
- mieszanka brązerów Kobo 311 Numbian Desert i Hean  Egyptian Powder 
- róż i rozświetlacz Makeup Revolution Sugar & Spice 

BRWI:
- cień do brwi Inglot 560
- pomada Inglot 12 
- żel do brwi Make Me Brow Essence 

OCZY:
- Inglot Sugar& Spice nr 297
- Makeup Revolution Iconic Pro 2 Paper 
- The Balm Meet Matt(e) Trimony Matt Kumar, Matt Reed
- Bell HypoAllergenic Eye Liner Pencil 20
- Inglot Cień do powiek AMC 85
- Essence Get Big Lashes Mascara
- rzęsy Ding Sen A20

USTA:
- Golden Rose Longstay Liquid Matte Lipstick 10 





Trochę się nalatałam za światłem ale jakoś się udało :) Teraz dni coraz bardziej słoneczne więc powinno być lepiej z dobrymi zdjęciami. Jak Ci się podoba moja odsłona mocniejszego makijażu? 


18.03.2017

No i gdzie ten Push Up ja się pytam ?

Cześć,

Dom posprzątany, obiad wesoło bulgocze na kuchence, zdjęcia obrobione - można zabrać się za pisanie posta. Niestety będzie to post z tych, w których ostrzegam. Tusze do rzęs zmieniam jak rękawiczki bo  jakoś do tej pory nie udało mi się znaleźć tego jedynego. Nie znaczy to oczywiście, że nie spotkałam  w swoim życiu paru całkiem fajnych produktów. Ten dzisiejszy się do nich nie zalicza ale uznałam, że warto poświęcić mu chwilkę bo najtańszy nie jest a szkoda wyrzucać pieniądze w błoto. Panie i Panowie przedstawiam Bourjois Push Up Volume Glamour - czyli, jak posklejać sobie rzęsy!


Na początek zrobię coś, czego zazwyczaj nie robię w swoich postach. Przetoczę opis produktu i zapewnienia producenta :)

"Dzięki szczoteczce Uplift, która wyposażona jest w 15 stref malowania, maskara Volume Glamour Effet Push Up zapewnia już za pierwszym pociągnięciem szczoteczki dokładne pokrycie rzęs na całej długości, od nasady aż po same końce. Maskara zwiększa objętość rzęs aż 11 razy i utrzymuje się na rzęsach 16 godzin!
Elastyczna formuła maskary umożliwia swobodne nakładanie kolejnych warstw tusz nie wysycha ani nie twardnieje.
Krągłe kształty to kwintesencja kobiecości i obietnica objętości. Idealnie pasuje do każdej damskiej torebki."


Sam tusz wygląda przyjemnie dla oka i wykonany jest we właściwym dla Bourjois eleganckim stylu. Plastik powoduje, że jest lekki i poręczny, przez co bez problemu możesz go zabrać ze sobą do torebki. Ale nie opakowanie jest w tuszu najważniejsze, tylko jego wnętrze. 


I tutaj kończą się jakiekolwiek pozytywne opinie o tym produkcie. Tusz sam w sobie jest dla mnie bublem nad bublami. Posiadam nr 71 Wonder Black i daleko temu do głębokiej czerni. Jak możesz zobaczyć na zdjęciu, przypomina to bardziej taki grafit więc nie rozumiem, po co nazywać to "wspaniałą czernią". Pachnie tradycyjnie, jak zwykły tusz. Konsystencja jest tu gęsta, ale nie aż tak żeby był jakiś problem z rozprowadzeniem.

Przejdźmy do tej wychwalanej w opisie wyżej szczoteczki super-hiper-ultra-cośtam. Szczerze? Dla mnie zwykła szczoteczka jakich miliony w tanich tuszach bazarowych. Krótkie włoski są nieco twarde, ale wyginają się na boki jak się tylko da. Sama szczoteczka siedzi sztywno, co dla mnie jest akurat na plus. Nie cierpię tych końcówek co wyginają się przy pierwszym zetknięciu z rzęsami.


Jak wiadomo, tusz nie jest po to, żeby stać więc pora na efekt! No efekt jest powalający...w negatywnym tego słowa znaczeniu. U siebie nie zaobserwowałam żadnego pogrubienia a o push 
up-ie to już całkiem nie ma mowy. Jedyne co widać bardzo dobrze to posklejane rzęsy. No nie potrafię pomalować tym produktem rzęs tak, żeby miało to jakiś wygląd. Skleja wszystko i jeszcze pozostawia grudki - a na koniec i tak się osypuje. Nie ma mowy o drugiej warstwie, bo z rzęs zostaną tylko pozlepiane patyczki.


Piękny efekt, co nie? No właśnie nie...Jak za cenę w okolicach 40 zł to ten produkt nadaje się tylko do kosza. Szkoda naszych pieniędzy i lepiej zainwestować w coś innego. Bardzo często nawet tańsze tusze drogeryjne są super i nie rozczarowują jak ten tu. A może to tylko ja nie potrafię się z nim zaprzyjaźnić ?




04.03.2017

Pore (BUBEL) Cleansing Mask

Cześć,

Ja odsypiam nocny Maraton Wolverine a na blogu pojawił się właśnie post - nieplanowany aczkolwiek uważam, że konieczny. Będzie krótki lecz treściwy. Cała historia zaczyna się tak, że przy okazji wizyty w Galerii Sanowa w moim mieście wstąpiłam do Douglasa. Wchodzę i co widzę? Promocja na maski Skin79 2+1. Szybko przeczytałam zasady i takim sposobem wyszło mi, że przy zakupie trzech masek ta trzecia (najtańsza) jest za cały polski 1 grosz. No nie mogłam przecież przejść obojętnie. Takim sposobem wpadła mi w ręce musująca maska oczyszczająca pory Pore Bubble Cleasing Mask. Z samego rana zabrałam się za testowanie. Niestety...


Maseczki, które na naszej skórze zaczynają się pienić to żadna nowość. Internety aż szumią o takich bąbelkowych cudach, zarówno w wersji płatowej jak i tych tradycyjnych. Cała magia maseczki polegać powinna na tym, że nasza skóra staje się jędrniejsza a pory są oczyszczane. Dodatkowo ta konkretna gwarantuje nam jeszcze efekt masażu. Zapowiada się pięknie.


Płat zapakowany w szczelnie zamknięte opakowanie z maleńką instrukcją w języku polskim i obrazkami prawidłowej aplikacji ( jak by to było jakieś strasznie skomplikowane). Całość zawiera w sobie 23 ml i kosztuje 19,90 zł. I tanio i drogo. Płat nasączony jest przeźroczystym, dość lepkim produktem o przyjemnym zapachu.


Efekt jak na załączonym obrazku. Maska zaczęła się pienić jeszcze zanim nałożyłam ją na twarz. Przez 10 min towarzyszyło mi mrowienie i wpieniający dźwięk tworzenia się bąbelków :D  Czułam też delikatny chłód na twarzy. Muszę przyznać, że po 10-ciu min. wyglądałam milusio jak mała panda :D  Wtedy nawet nie podejrzewałam jak to się zakończy...


Ciężko było mi to uchwycić na zdjęciu ale maska podrażniła mi całą twarz ;/ Byłam czerwona jak burak i piekąca jak ostra papryczka. Owszem, skóra była gładka i przyjemna w dotyku ale jakim kosztem ? Pory się otworzyły ale zdecydowanie nie zostały oczyszczone. Po tonizowaniu i nałożeniu kremu zaczerwienienie utrzymało się jeszcze długie godziny. Ja nie polecam, a nawet odradzam. Z tego co pamiętam, miałam kiedyś jedną maskę z serii owocowej Skin79 i tam również coś się złego podziało. Może to mnie uczula któryś ze składników ? Jeśli masz jakieś doświadczenie z tymi produktami to koniecznie napisz :)


02.03.2017

Kawa, ciasteczko i malowanie paznokci z Victorią Vynn w Rzeszowie

Cześć,

Dzisiaj wolne, słonko świeci to można pisać posta:)  Z małymi utrudnieniami bo Blogger mi świruje ale skoro to czytasz, to chyba się udało! Tak jak w tytule - będzie  o spotkaniu. A właściwie o szkoleniowo-pokazowym evencie zorganizowanym przez markę Victoria Vynn w Rzeszowie. Jeśli zaglądasz tu troszeczkę dłużej, to z pewnością zauważysz, że z firmą styczność już miałam i można było poczytać odrobinkę o produktach w poście TUTAJ. Gdy Pani Olga ( która okazała się być przesympatyczną babeczką) przesłała mi zaproszenie, postanowiłam pojechać. Tak na marginesie i tak miałam jechać bo już wcześniej widziałam informację o wydarzeniu :D


W poniedziałek wstałam razem z kurami  i wyszykowana podążyłam pociągiem w kierunku "małego Nowego Jorku" ( mam tu na myśli Victorię, nie Rzeszów :D ). Punkt 10 ucichły rozmowy i zaczęło się show. I mam tu na myśli prawdziwe show z masą śmiechu, tańca i zabawy! Zacznę od prowadzącego - Pana Andrzeja. Co za naładowany pozytywną energią facet :D Wróżę Panu karierę w branży wodzirejów! Tyle co się przywitał a już rozdawał prezenty. Pierwsza konkurencja - " Na imię mam Wiktoria. Mam dziś urodziny albo imieniny". Druga konkurencja  - " Noc Oskarów". I posypały się lakiery. Nie zabrakło również " Jaki kolor w ręku mam, tej co go nosi dzisiaj dam" ( nazwy to oczywiście moja bujna fantazja  ).


Po wstępie rozluźnienia przyszedł czas na prezentację produktów przez Panią Ewę. Nie obyło się bez pytań i  odpowiedzi. Nie było to samo siedzenie i słuchanie ale żywa dyskusja, co w moim przekonaniu jest bardziej efektywniejsze niż słuchanie. Tą część teoretyczną zakończyła przerwa na kawkę i coś słodkiego. No i oczywiście na zakupy ( z których ja oczywiście nie skorzystałam bo głupia blondynka chciała płacić kartą :D ). Niektóre szczęściary otrzymały od naszego "Wodzireja" specjalne "viktoriańskie dolary",  które później zamieniły na spore rabaty.


Część druga spotkania to już budowa i zdobienia, wykonane przez stylistki Victoria Vynn - Krysię, Żaklinę i Magdę. Dziewczyny pokazywały, opowiadały i doradzały co, jak i dlaczego tak a nie inaczej. Z racji tego, że było nas ponad 200 osób i nie sposób aby wszystkie podeszły do stolika, zorganizowano rzutniki, na których wszystko było dobrze widać. Migdał, frencz, akwarela - wszystko po kolei i skrupulatnie omówione. Na koniec rozdanie certyfikatów ( wyobraź sobie ile trwało wręczenie ponad  200 certyfikatów z imienia i nazwiska :D ). Każda z uczestniczek otrzymała również nowość - Mega Base. Nie wiem jak ja to zrobiłam, ale przeoczyłam i nie dostałam swojej buteleczki :(






Cieszę się, że zostałam zaproszona i dziękuję Pani Oldze, która poświęciła każdej z Nas odrobinkę swojego czasu żeby porozmawiać i poznać się bliżej. Dostałam swój certyfikat, co też jest dla mnie miłym wspomnieniem. Niby dlaczego jest to takie miłe? A bo już nie raz byłam na takich spotkaniach w roli "głosu internetu" i zazwyczaj wszelkiego rodzaju certyfikaty i gifty mi nie przysługiwały. Przyszłaś za free to  napisz o nas dobrego posta ale pełnoprawnym uczestnikiem szkolenia nie jesteś. Chamsko ale prawdziwie :) Jeśli masz u siebie takie szkolenie z Victorią Vynn to śmiało weź udział bo z pewnością się nie zawiedziesz!