26.04.2017

Korektor rozświetlający, który więcej przyciemnia niż rozjaśnia

Witaj,
Coś się ostatnio zaroiło na moim blogu od wszelakich bubli ;/ Albo ja mam takiego pecha do kosmetyków albo ktoś na górze planuje nadać mojemu blogowi ścieżkę bublowego zakątka w sieci. Niestety ten dzisiejszy post również nie będzie syty w pochlebstwa. Opowiem Ci trochę o korektorze RE-TOUCH LIGHT-REFLECTING Concealer  od Catrice, który miał być rozświetlający ale bardziej sprawdzi się jako brązujący...


Wiesz z jakiej firmy jest mój ulubiony korektor? Z Catrice! O ironio...jak widać produkt produktowi jednej firmy nie równy. Odcień odcieniowi również, mimo że mają taki sam numerek. No ale  zacznę od początku. Mój faworyt bardzo często jest wyprzedany, o ile całkiem nie znika z półek w kilka chwil. Jak to mówią- przezorny zawsze zabezpieczony ? No ja właśnie nie zawsze mam drugi egzemplarz w zapasie. I takim sposobem trafiłam na tego bubla. Musiałam szybko coś kupić bo zostałam z denkiem. Myślałam sobie, że skoro produkt jest rozświetlający i jak byk pisze ( mimo, że po angielsku no ale jednak pisze), że zalecany do rozjaśniania, "wygładzania" zmarszczek itp to będzie całkiem dobry. O zgrozo, jaki to był błąd!


Kupiłam zadowolona odcień najjaśniejszy z dostępnych -005 Light Nude. Pokierowałam się tu tym, że 005 z tej wersji kamuflującej jest meeega jasny i najbardziej mi odpowiada. Zaraz jakaś dobra duszyczka zapyta "To czemu nie sprawdziłaś testera? ". Tester? W tym sztucznym, rozjaśniającym, drogeryjnym świetle? Serio....? Nic by mi to nie dało.


Kolor, to porażka. 005 jest strasznie ciemny i ni jak nie nadaje się do rozświetlenia. Aż dziw bierze, że 005 w tym przypadku tak bardzo różni się odcieniem od 005 w wersji kamuflującej.


Trochę ten wpis zaczęłam od d*** strony i przyczepiłam się na wstępie do koloru ale najbardziej mnie to zirytowało. Teraz przejdę do pozostałych kwestii.

Korektor wygląda bardzo dobrze, wręcz elegancko i solidnie. Opakowanie jest metalowe, oprawione ciemnymi literami. Wnętrze zaś to czarny plastik. Aplikator w kształcie pędzelka z długimi włoskami. Jest to produkt działający na zasadzie wykręcania więc czasem trzeba się namachać tą ręką. Szczególnie przy pierwszej aplikacji. Pędzelek niestety tworzy smugi ;/


Produkt jest mało kryjący i brzydko wygląda na skórze. Robi się taka nieładna warstwa i z pewnością nie zneutralizujesz nim zasinień czy oznak starości ( a przecież takie zalety wypisane są na opakowaniu). Inwestując w ten korektor nie straciłam jakiś wielkich pieniędzy, ponieważ jest to suma w okolicach 15 zł, aczkolwiek niesmak pozostał. Zawiodłam się dość mocno na tym korektorze i nie mogę go polecić. Jeżeli u Ciebie sprawdził się lepiej i masz inne zdanie na jego temat, to podziel się tym ze mną w komentarzu :)


04.04.2017

Bordowy kameleon - czyli pora znowu coś zmalować

Cześć,

Dzisiejszy post będzie krótki i raczej skąpy w słowa, ponieważ postanowiłam w końcu dodać jakiś makijaż :) Dawno nie pokazywałam tu swoich prac i pewnie pozostało by to niezmienione, gdyby nie entuzjazm z jakim przyjęto ten makijaż na mich portalach społecznościowych. Jeżeli więc masz ochotę poznać produkty, które użyłam do stworzenia Bordowego Kameleona to zapraszam :) 


Bordowy Kameleon swoją nazwę zawdzięcza dominującym bordo z kolekcji Sugar and Spice oraz pigmentowi nr 85 z Inglota.  Jest to mocny makijaż (a nawet takie smokey eyes), bo w takich się ostatnio lubuję :) Lubię podkreślić oko i obowiązkowo dodać rzęsy! 

A oto lista produktów:

TWARZ:
- podkład Revlon Colorstay 150 Buff
- korektor Liquid Camouflage 005 Light Natural
- puder MySecret Loose Transparent Powder 
- mieszanka brązerów Kobo 311 Numbian Desert i Hean  Egyptian Powder 
- róż i rozświetlacz Makeup Revolution Sugar & Spice 

BRWI:
- cień do brwi Inglot 560
- pomada Inglot 12 
- żel do brwi Make Me Brow Essence 

OCZY:
- Inglot Sugar& Spice nr 297
- Makeup Revolution Iconic Pro 2 Paper 
- The Balm Meet Matt(e) Trimony Matt Kumar, Matt Reed
- Bell HypoAllergenic Eye Liner Pencil 20
- Inglot Cień do powiek AMC 85
- Essence Get Big Lashes Mascara
- rzęsy Ding Sen A20

USTA:
- Golden Rose Longstay Liquid Matte Lipstick 10 





Trochę się nalatałam za światłem ale jakoś się udało :) Teraz dni coraz bardziej słoneczne więc powinno być lepiej z dobrymi zdjęciami. Jak Ci się podoba moja odsłona mocniejszego makijażu? 


18.03.2017

No i gdzie ten Push Up ja się pytam ?

Cześć,

Dom posprzątany, obiad wesoło bulgocze na kuchence, zdjęcia obrobione - można zabrać się za pisanie posta. Niestety będzie to post z tych, w których ostrzegam. Tusze do rzęs zmieniam jak rękawiczki bo  jakoś do tej pory nie udało mi się znaleźć tego jedynego. Nie znaczy to oczywiście, że nie spotkałam  w swoim życiu paru całkiem fajnych produktów. Ten dzisiejszy się do nich nie zalicza ale uznałam, że warto poświęcić mu chwilkę bo najtańszy nie jest a szkoda wyrzucać pieniądze w błoto. Panie i Panowie przedstawiam Bourjois Push Up Volume Glamour - czyli, jak posklejać sobie rzęsy!


Na początek zrobię coś, czego zazwyczaj nie robię w swoich postach. Przetoczę opis produktu i zapewnienia producenta :)

"Dzięki szczoteczce Uplift, która wyposażona jest w 15 stref malowania, maskara Volume Glamour Effet Push Up zapewnia już za pierwszym pociągnięciem szczoteczki dokładne pokrycie rzęs na całej długości, od nasady aż po same końce. Maskara zwiększa objętość rzęs aż 11 razy i utrzymuje się na rzęsach 16 godzin!
Elastyczna formuła maskary umożliwia swobodne nakładanie kolejnych warstw tusz nie wysycha ani nie twardnieje.
Krągłe kształty to kwintesencja kobiecości i obietnica objętości. Idealnie pasuje do każdej damskiej torebki."


Sam tusz wygląda przyjemnie dla oka i wykonany jest we właściwym dla Bourjois eleganckim stylu. Plastik powoduje, że jest lekki i poręczny, przez co bez problemu możesz go zabrać ze sobą do torebki. Ale nie opakowanie jest w tuszu najważniejsze, tylko jego wnętrze. 


I tutaj kończą się jakiekolwiek pozytywne opinie o tym produkcie. Tusz sam w sobie jest dla mnie bublem nad bublami. Posiadam nr 71 Wonder Black i daleko temu do głębokiej czerni. Jak możesz zobaczyć na zdjęciu, przypomina to bardziej taki grafit więc nie rozumiem, po co nazywać to "wspaniałą czernią". Pachnie tradycyjnie, jak zwykły tusz. Konsystencja jest tu gęsta, ale nie aż tak żeby był jakiś problem z rozprowadzeniem.

Przejdźmy do tej wychwalanej w opisie wyżej szczoteczki super-hiper-ultra-cośtam. Szczerze? Dla mnie zwykła szczoteczka jakich miliony w tanich tuszach bazarowych. Krótkie włoski są nieco twarde, ale wyginają się na boki jak się tylko da. Sama szczoteczka siedzi sztywno, co dla mnie jest akurat na plus. Nie cierpię tych końcówek co wyginają się przy pierwszym zetknięciu z rzęsami.


Jak wiadomo, tusz nie jest po to, żeby stać więc pora na efekt! No efekt jest powalający...w negatywnym tego słowa znaczeniu. U siebie nie zaobserwowałam żadnego pogrubienia a o push 
up-ie to już całkiem nie ma mowy. Jedyne co widać bardzo dobrze to posklejane rzęsy. No nie potrafię pomalować tym produktem rzęs tak, żeby miało to jakiś wygląd. Skleja wszystko i jeszcze pozostawia grudki - a na koniec i tak się osypuje. Nie ma mowy o drugiej warstwie, bo z rzęs zostaną tylko pozlepiane patyczki.


Piękny efekt, co nie? No właśnie nie...Jak za cenę w okolicach 40 zł to ten produkt nadaje się tylko do kosza. Szkoda naszych pieniędzy i lepiej zainwestować w coś innego. Bardzo często nawet tańsze tusze drogeryjne są super i nie rozczarowują jak ten tu. A może to tylko ja nie potrafię się z nim zaprzyjaźnić ?




04.03.2017

Pore (BUBEL) Cleansing Mask

Cześć,

Ja odsypiam nocny Maraton Wolverine a na blogu pojawił się właśnie post - nieplanowany aczkolwiek uważam, że konieczny. Będzie krótki lecz treściwy. Cała historia zaczyna się tak, że przy okazji wizyty w Galerii Sanowa w moim mieście wstąpiłam do Douglasa. Wchodzę i co widzę? Promocja na maski Skin79 2+1. Szybko przeczytałam zasady i takim sposobem wyszło mi, że przy zakupie trzech masek ta trzecia (najtańsza) jest za cały polski 1 grosz. No nie mogłam przecież przejść obojętnie. Takim sposobem wpadła mi w ręce musująca maska oczyszczająca pory Pore Bubble Cleasing Mask. Z samego rana zabrałam się za testowanie. Niestety...


Maseczki, które na naszej skórze zaczynają się pienić to żadna nowość. Internety aż szumią o takich bąbelkowych cudach, zarówno w wersji płatowej jak i tych tradycyjnych. Cała magia maseczki polegać powinna na tym, że nasza skóra staje się jędrniejsza a pory są oczyszczane. Dodatkowo ta konkretna gwarantuje nam jeszcze efekt masażu. Zapowiada się pięknie.


Płat zapakowany w szczelnie zamknięte opakowanie z maleńką instrukcją w języku polskim i obrazkami prawidłowej aplikacji ( jak by to było jakieś strasznie skomplikowane). Całość zawiera w sobie 23 ml i kosztuje 19,90 zł. I tanio i drogo. Płat nasączony jest przeźroczystym, dość lepkim produktem o przyjemnym zapachu.


Efekt jak na załączonym obrazku. Maska zaczęła się pienić jeszcze zanim nałożyłam ją na twarz. Przez 10 min towarzyszyło mi mrowienie i wpieniający dźwięk tworzenia się bąbelków :D  Czułam też delikatny chłód na twarzy. Muszę przyznać, że po 10-ciu min. wyglądałam milusio jak mała panda :D  Wtedy nawet nie podejrzewałam jak to się zakończy...


Ciężko było mi to uchwycić na zdjęciu ale maska podrażniła mi całą twarz ;/ Byłam czerwona jak burak i piekąca jak ostra papryczka. Owszem, skóra była gładka i przyjemna w dotyku ale jakim kosztem ? Pory się otworzyły ale zdecydowanie nie zostały oczyszczone. Po tonizowaniu i nałożeniu kremu zaczerwienienie utrzymało się jeszcze długie godziny. Ja nie polecam, a nawet odradzam. Z tego co pamiętam, miałam kiedyś jedną maskę z serii owocowej Skin79 i tam również coś się złego podziało. Może to mnie uczula któryś ze składników ? Jeśli masz jakieś doświadczenie z tymi produktami to koniecznie napisz :)


02.03.2017

Kawa, ciasteczko i malowanie paznokci z Victorią Vynn w Rzeszowie

Cześć,

Dzisiaj wolne, słonko świeci to można pisać posta:)  Z małymi utrudnieniami bo Blogger mi świruje ale skoro to czytasz, to chyba się udało! Tak jak w tytule - będzie  o spotkaniu. A właściwie o szkoleniowo-pokazowym evencie zorganizowanym przez markę Victoria Vynn w Rzeszowie. Jeśli zaglądasz tu troszeczkę dłużej, to z pewnością zauważysz, że z firmą styczność już miałam i można było poczytać odrobinkę o produktach w poście TUTAJ. Gdy Pani Olga ( która okazała się być przesympatyczną babeczką) przesłała mi zaproszenie, postanowiłam pojechać. Tak na marginesie i tak miałam jechać bo już wcześniej widziałam informację o wydarzeniu :D


W poniedziałek wstałam razem z kurami  i wyszykowana podążyłam pociągiem w kierunku "małego Nowego Jorku" ( mam tu na myśli Victorię, nie Rzeszów :D ). Punkt 10 ucichły rozmowy i zaczęło się show. I mam tu na myśli prawdziwe show z masą śmiechu, tańca i zabawy! Zacznę od prowadzącego - Pana Andrzeja. Co za naładowany pozytywną energią facet :D Wróżę Panu karierę w branży wodzirejów! Tyle co się przywitał a już rozdawał prezenty. Pierwsza konkurencja - " Na imię mam Wiktoria. Mam dziś urodziny albo imieniny". Druga konkurencja  - " Noc Oskarów". I posypały się lakiery. Nie zabrakło również " Jaki kolor w ręku mam, tej co go nosi dzisiaj dam" ( nazwy to oczywiście moja bujna fantazja  ).


Po wstępie rozluźnienia przyszedł czas na prezentację produktów przez Panią Ewę. Nie obyło się bez pytań i  odpowiedzi. Nie było to samo siedzenie i słuchanie ale żywa dyskusja, co w moim przekonaniu jest bardziej efektywniejsze niż słuchanie. Tą część teoretyczną zakończyła przerwa na kawkę i coś słodkiego. No i oczywiście na zakupy ( z których ja oczywiście nie skorzystałam bo głupia blondynka chciała płacić kartą :D ). Niektóre szczęściary otrzymały od naszego "Wodzireja" specjalne "viktoriańskie dolary",  które później zamieniły na spore rabaty.


Część druga spotkania to już budowa i zdobienia, wykonane przez stylistki Victoria Vynn - Krysię, Żaklinę i Magdę. Dziewczyny pokazywały, opowiadały i doradzały co, jak i dlaczego tak a nie inaczej. Z racji tego, że było nas ponad 200 osób i nie sposób aby wszystkie podeszły do stolika, zorganizowano rzutniki, na których wszystko było dobrze widać. Migdał, frencz, akwarela - wszystko po kolei i skrupulatnie omówione. Na koniec rozdanie certyfikatów ( wyobraź sobie ile trwało wręczenie ponad  200 certyfikatów z imienia i nazwiska :D ). Każda z uczestniczek otrzymała również nowość - Mega Base. Nie wiem jak ja to zrobiłam, ale przeoczyłam i nie dostałam swojej buteleczki :(






Cieszę się, że zostałam zaproszona i dziękuję Pani Oldze, która poświęciła każdej z Nas odrobinkę swojego czasu żeby porozmawiać i poznać się bliżej. Dostałam swój certyfikat, co też jest dla mnie miłym wspomnieniem. Niby dlaczego jest to takie miłe? A bo już nie raz byłam na takich spotkaniach w roli "głosu internetu" i zazwyczaj wszelkiego rodzaju certyfikaty i gifty mi nie przysługiwały. Przyszłaś za free to  napisz o nas dobrego posta ale pełnoprawnym uczestnikiem szkolenia nie jesteś. Chamsko ale prawdziwie :) Jeśli masz u siebie takie szkolenie z Victorią Vynn to śmiało weź udział bo z pewnością się nie zawiedziesz!


26.02.2017

#1 Aliexpress - Co Pan Chińczyk zapakował

Cześć,

Dziś kolejny post z serii tych Aliexpressowych. Nie będzie to jednak recenzja (tak jak  poprzednik o zestawie pędzli) ale takie zbiorcze pokazanie co dobrego kupiłam i jakie są moje pierwsze wrażenia.
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że są wśród moich czytelniczek osoby, które zakupy na Ali uwielbiają i z chęcią czytają takie posty oraz takie, które potępiają Aliexpress i są wręcz oburzone gdy ktoś coś tam kupi i jeszcze pokazuje to światu. Mi takie zakupy nie przeszkadzają o ile są one dla własnego użytku a nie   dla celów zarobkowych. Dlatego też, jeżeli nie przepadasz za chińskimi kosmetykami czy gadżetami to grzecznie opuść ten post :) Nie trać swojego cennego czasu na coś, co Cie nie interesuje :) Pozostałe z Was zapraszam dalej!


Większość tych rzeczy zamówiłam na początku grudnia i dotarły do mnie po 5- 6 tygodniach. Wydaje mi się, że to standardowy czas dostawy. Oczywiście nie było to jedno zamówienie. Nie wkleję  linków bo większość już wygasła ale takich rzeczy jest mnóstwo i nie problem je znaleźć.
Wszystko zamówiłam za pomocą aplikacji na telefon, dzięki czemu zaoszczędziłam kilka groszy :) Ta aplikacja to świetna opcja i pozwala na zdobycie wielu okazji i kuponów.


Jak widzisz, mam tu głównie kosmetyki i rzęsy, ale i dla pewnego gadżetu znalazło się miejsce. W kosmetykach głównie stawiam na produkty do ust bo wydają mi się najbezpieczniejsze. Nie obyło się bez bardzo popularnego pudru bynanda i podróbki Ben Nye w odcieniu Banana. Rzęsy to pierwsza próba z mniej lub bardziej satysfakcjonującym skutkiem.


Na początek płynne pomadki DOSE of Colors w odcieniu Stone i NYX Monte Carlo. Obie są fajne i niefajne. Stone to nudziakowy odcień przypominający delikatnie mleczną czekoladę. NYX z kolei jest przepiękną, soczystą czerwienią, Oba są ładnie napigmentowanie ale nie lubię ich faktury po zastygnięciu. Z deka się kruszy na ustach. Obie kosztowały około 6 zł. Mam w planach posty o każdej z nich, więc nie będę  tu szczegółowo opisywać.

Wszyscy Ci, co śledzą grupy z Aliexpress znają ten chwalony i polecany puder bynanda. Nie jest to jakaś podróbka, tylko realny produkt chińskiej firmy. Występuje w wersji sypkiej jak i prasowanej. Ja mam akurat transparentny ale jest też kilka innych odcieni. Byłam przekonana, że to jakiś tani chinol śmierdzący i zbytnio przechwalony ale byłam w błędzie bo towarzyszy mi do dziś. Jego zawrotna cena to 4,99 zł.

Zestaw rzęsiorów no name o numerze 058 (nr modelu jak mniemam) przyszedł mi najpóźniej. W pudełku jest aż 10 par rzęs dobrych jakościowo, przymocowanych na czarnym sznurku(?). Ta niteczka sprawia, ze są mega elastycznie i można je ładnie dopasować do powieki. Oczywiście bez skrócenia się nie obejdzie. Dobrze zaaplikowane wyglądają całkiem ładnie a ich cena to 7,14 zł.


Drugi zestaw rzęs to Ding Sen A20. O nich też już gdzieś czytałam i postanowiłam wypróbować. W tym przypadku mam już 5 par rzęs na przeźroczystym pasku, które są bardzo długie i takie trochę glamour. Do dziennego makijażu będą zbyt wulgarne, ale przy większym wyjściu pięknie się zaprezentują. Cena tego zestawy to 3,36 zł.

Podróbka Banana z Ben Nye to czysta ciekawość. Byłam przekonana, ze pójdzie w kosz ale okazał się całkiem fajny. Nie dostałam żadnego syfa więc już jest dobrze. Jest ładnie zmielony i ma żółtawy odcień, więc idzie zawsze pod oczy. No i jest go całkiem sporooo. A jego cena to 5,12 zł za 42 g.

Podróbek kosmetyków wzorowanych Lime Crime jest na Ali od czorta. Tak też jest z moją pomadką w płynie FoonBe. Opakowanie skopiowane w 99%. Nie wiem jak z fakturą, bo oryginalnych niestety nie dane mi było sprawdzić. Tu skusił mnie piękny buraczkowy kolor i na nim się nie zawiodłam. Jest przepiękna ale strasznie szybko się kończy. Ale to może przez moje ciągłe noszenie :D Cena oczywiście kolosalna - 3,79 zł.

Na koniec zostawiłam takiego małego cudaka, co próbował się ukryć za liściem. Mini lampa a'la ring do selfie. Lampa nafaszerowana jest małymi ledami, których intensywność regulowana jest za pomocą trzech stopni świecenia. Przytwierdza się ją do telefonu i można śmiało strzelać selfie. Mi służy przy makijażu oka w pochmurniejsze dni. Była najdroższą inwestycją w mojej karierze Aliholiczki, ponieważ kosztowała mnie aż 22 zł.


Pierwsza tura zakupów z Aliexpress już pokazana. Teraz zbieram zamówienia na następną ale na to musisz poczekać jeszcze przez pewien czas :)  Tradycyjnie daj mi znać co myślisz o moich zakupach. A może sama zamawiałaś coś ciekawego ?




20.02.2017

#1 Chińczyk płakał jak sprzedawał - Zestaw pędzli z Aliexpress

Cześć!


Wiosna idzie do Nas pełną parą i wszystko pięknie budzi się do życia. A co najważniejsze, Chiński Nowy Rok już nie przeszkadza w docieraniu paczuszek z Aliexpress!  Dla takiego aliświra to najpiękniejszy czas :D  Tym, co najbardziej lubię zamawiać na tej popularnej platformie są rozmaite zestawy pędzli. Należę zdecydowanie do osób dla których pędzli do oczu nigdy nie jest dość. Zmieniam zdanie gdy muszę je wszystkie wyprać ale to już inna bajka. Chcę Ci dzisiaj pokazać zestaw 8 pędzli do makijażu oczu i odpowiedzieć na pytanie czy warto w takie tanioszki inwestować.


Zestaw, który masz przed sobą zamówiłam na początku grudnia i już pod koniec roku był u mnie. Przesyłka dotarła dość szybko, biorąc pod uwagę fakt, że pozostałe rzeczy przyszły dopiero w połowie stycznia. Tak jak pisałam, w zestawie znajdziesz 8 pędzli. Wiem, wiem. Na zdjęciach jest tylko 7 bo  jeden skośny do brwi gdzieś posiałam! Cena zestawu zawrotna - 8 zł.


Pędzelki wykonane są z włosia syntetycznego, mniej lub bardziej udanego pod względem długości. Piękna, złota, metalowa skuwka przymocowana jest do czarnej i drewnianej  rączki.  Po 1,5 miesiąca używania i prania nie wypadł mi jeszcze żaden włosek więc pod tym względem są solidne. Bardzo ważną rzeczą jest też to, że po wyjęciu z foliowej torebki nie śmierdziały okropnie plastikiem ( w przeciwieństwie do innego zestawu, który właśnie dostałam i wali strasznie).


W zestawie znajdują się pędzle typowo do blendowania ( choć nie zawsze się do tego nadają) oraz te do bardziej precyzyjnej roboty. Ten trzeci od lewej strony to całkowita porażka. Włosie jest zbyt rzadkie i za długie, żeby można było coś z tym zrobić. Pozostałe trzy się sprawdzają dość dobrze: puchacz do blendowania, większa kulka zakończona "dziubkiem" do dolnej powieki i płaski języczek ( tu odwrócony bokiem).


Kolejny puchacz po prawej stronie jest nieco bardziej płaski i i szerszy, co mi osobiście przeszkadza. Zazwyczaj omiatam nim dolną powiekę. Kolejny psotnik obrócony bokiem to mniejszy odpowiednik płaskiego języczka, którym świetnie aplikować jakieś świecidełka na środek powieki. I maleńka kuleczka do wewnętrznego kącika, która mogłaby być nieco bardziej zbita. Jest jeszcze ścięty pędzelek do brwi, który jest rewelacyjny ale gdzieś go posiałam.


Cały zakup oceniam na udany. Nie jest rewelacyjny ale nawet po odrzuceniu tych dwóch niewypałów dostajemy aż 6 całkiem niezłych pędzli za 8 zł. W Polsce tak tanio nie kupisz. Uważam, że warto inwestować w dobrą jakość, ale takie małe zestawiki za grosze też nie są złe. Jeżeli masz tylko odrobinę cierpliwości to będzie Ci się to opłacać. Nie mam już niestety linka do sklepu ale tego typu zestawów jest multum na Aliexpress.

Co myślisz na temat zakupów na Ali? Z chęcią dowiem się, co kupujecie :) A jeśli masz ochotę, to zapraszam do poczytania o chińskiej podróbce pomadki M.A.C. dokładnie pod tym linkiem.


16.02.2017

Catrice HD Liquid Coverage Fundation - hit czy kit ?

Cześć,

Za oknami powoli szykuje nam się wiosna i budzi nas piękne słoneczko <3 A słoneczko sprzyja dobremu światłu i lepszym zdjęciom. A lepsze zdjęcia sprzyjają nowym postom :) Tak wiem, zaglądam tu raz na rok i zaniedbałam bloga strasznie. Ale dzisiaj będzie post o kultowym produkcie widmo. Czemu widmo? Bo znaleźć go stacjonarnie lub online graniczy z cudem mimo, że jest to produkt drogeryjny. Opowiem Ci troszeczkę o moich odczuciach względem tak sławnego i zachwalanego podkładu Catrice HD Liquid Coverage Fundation. Jestem niemal pewna, że doskonale znasz ten produkt i zapewne podzielisz się ze mną swoimi spostrzeżeniami :)


Podkład od Catrice to jeden z lepszych cenowo podkładów typowo drogeryjnych, dostępnych teoretycznie wszędzie. W praktyce ma się to różnie. Ja za swoimi dwoma trochę się nalatałam. I dalej latam, bo wykończyłam już całą buteleczkę. Zaopatrzyłam się w dwa odcienie: 010 Light Beige i 020 Rose Beige. O tym jak bardzo różne są te kolory opowiem troszeczkę niżej.


Produkt otrzymujemy w szklanej buteleczce o pojemności standardowych 30 ml. Formą aplikatora jest tutaj pipetka, co mnie osobiście przeszkadzało. Sama buteleczka jest przyjemna dla oka i ładnie prezentuje się np. na toaletce, ale niestety jest dość ciężka. Dla osób podróżujących i zajmujących się wizażem bardziej wygodne są produkty w lekkich opakowaniach.
Sama konsystencja podkładu jest mocno lejąca i nie raz narobiłam sobie bajzlu. W rozprowadzaniu sprawdza się dobrze zarówno przy gąbeczce, jak i za pomocą pędzla.


Producent kusi nas zapewnieniem długotrwałego krycia do 24 godzin i idealnego zmatowienia bez efektu maski. Do tego dodana jest niska cena więc czego chcieć więcej ? Internet szaleje na punkcie tego podkładu ale zdania są podzielone. Jedne z nas go kochają, drugie nienawidzą. Ja należę tak naprawdę do obu tych grup.
Podkład jak najbardziej trafił w moje gusta bo bardzo ładnie wyglądał na buzi. Nie utrzymywał się  24 h , ale przez powiedzmy 12 h było wszystko ok. Nadawał ładne, matowe wykończenie i nic nie zaczynało mi się w ciągu dnia świecić. Jego odcienie to natomiast porażka....

Jedynym odcieniem o żółtych tonach jest tutaj 010 Light Beige, który jest praktycznie niedostępny nigdzie- ani w drogeriach stacjonarnych, ani w tych internetowych. Pozostałe trzy odcienie to już zabawa z różem. Niestety trochę  jest to dla mnie nieprzemyślane. W naszym społeczeństwie królują kobiety o typowo słowiańskiej urodzie, a ta cechuje się często  żółtymi tonami skóry ( w przeciwieństwie do np. pań z Wielkiej Brytanii, którym różowe tony jak najbardziej będą pasowały). Nie rozumiem więc skąd w tak wielu podkładach, tak wielu firm aż tyle różowych tonów. Ale to już nie mój biznes :D


Pierwszy odcień, który udało mi się wychwycić to 020. Koniecznie chciałam spróbować tego podkładu, bo słyszałam same dobre rzeczy. Niestety szybko trafił w odstawkę, ponieważ  totalnie do mnie nie pasował. Jakimś cudem udało mi się kupić najjaśniejszy odcień i tu już było trafienie. Aczkolwiek musiałam go rozjaśniać, ponieważ sam w sobie jest dość ciemny no i niestety pod wpływem utleniania się ciemnieje. Przykre, ale dałam sobie rade. Był ze mą dzień w dzień przez chyba miesiąc i nadal na niego poluję ale wiecznie brak w magazynach i drogeriach.

Dla mnie produkt jest godny polecenia, ale musi być dobrze dobrany. W przeciwnym razie możesz odnieść wrażenie, że to bubel. Nie używałam go nigdy do żadnej sesji i szczerze chyba bym jednak nie ryzykowała. Dla codziennego użytkowania jak najbardziej, w profeske bym go nie mieszała. Za cenę ok. 30 zł warto się nim zainteresować i (przy bardzo dużym szczęściu) kupić buteleczkę.

Ciekawi mnie, Czy też znasz ten podkład i co o nim myślisz. Jak wspomniałam szybciej, zdania są podzielone i chętnie poczytam jak to jest u Ciebie :)
Pozdrawiam,







05.01.2017

Czy woda i kawałek szmatki to skuteczny demakijaż ?

Cześć :)
Pierwszy post w tym roku będzie o demakijażu.Demakijaż - rzecz ważna i obowiązkowa każdego wieczoru. Jeśli jesteś kobietą to z pewnością masz w łazience multum różnych płynów, mleczek czy chusteczek, które pomagają Ci pozbyć się z twarzy resztek makijażu. Ja tak mam, chociaż dla mnie i tak najlepsze jest połączenie dobre mydło + ciepła woda. Produkt, który do mnie przywędrował   powstał po to, abyś nie musiała wydawać pieniędzy w drogeriach na produkty o których wspomniałam wyżej. Co więcej, idealnie sprawdzi się w podróży. Przedstawiam Ci Quiskin - Quick and Professional Make Up Remover.


Na początek kilka słów o tym czym jest Quiskin i jak powstał. Założeniem Twórców nowej marki było stworzenie innowacyjnego produktu, który stał by się alternatywą dla tradycyjnych metod demakijażu. Pragnęli oni znaleźć złoty środek dla osób żyjących w ciągłym biegu, których czas jest tak mocno ograniczony, że dobrze wykonany demakijaż jest dla nich odległym luksusem. Cała magia produktu polega na połączeniu specjalnego włókna oczyszczającego skórę i wody. Czy według mnie osiągnęli zamierzony cel ?


Quiskin to w rzeczywistości mała rękawica zakładana na końcówki palców. Takie rozwiązanie ma służyć naszej wygodzie i ułatwić cały proces demakijażu. Jak już wspomniałam - wszystko, co musisz zrobić to zwilżyć materiał wodą. Następnie masujesz twarz i buum! Makijaż znika :D  Proste, nie ? :) 


No nie do końca. Nie mogę zaprzeczyć, że produkt działa tak jak producent zapewnia. Jest bezpieczny dla skóry i w żaden sposób nie może podrażnić, a na dodatek zmieści się do najmniejszej kosmetyczki. Radzi sobie z lekkimi produktami i codzienny makijaż nie stanowi dla niego problemu. Przy cięższych i tłustych kosmetykach już jest trochę gorzej. Nie do końca doczyści ciężki podkład czy kosmetyki wodoodporne. 

Czy z czystym sercem mogę polecić ten produkt ? Myślę, że jeśli ktoś lubi korzystać z takich pielęgnacyjnych gadżetów  i nie chce fundować swojej skórze demakijażowej chemii to jak najbardziej będzie zadowolony. Szczerze cieszę się, że mogłam przetestować Quiskin jednak jestem tradycjonalistą w tym względzie i pozostanę przy swoich metodach zmywania makijażu.
Nie oznacza to, że Ty nie możesz spróbować :) A może już go testowałaś??