25.08.2016

Soczyste kiwi z pazurem

Lato,lato i po lecie. Ostatnie promienie słońca ogrzewają nasze ciała i lada dzień przyjdzie nam wyciągać z szaf płaszcze i kozaki. Tak to już jest. Ale nie można się tak łatwo poddawać! Trzeba łapać lato za każdy możliwy koniec i mieć je przy sobie jak najdłużej. Tak tez i ja zrobiłam. Umieściłam lato na paznokciach w postaci soczystych owoców. A wszystko to za sprawą kolejnej nowości do paznokci - lakierów hybrydowych Claresa.


Paczka, którą dostałam zawierała bazę z topem oraz dwa letnie kolory. Dodatkowo dostałam również płyn do odtłuszczanie płytki ale o nim potem. Z firmą oczywiście stykam się pierwszy raz ale już na blogach o tych lakierach czytałam więc tym bardziej ciesze się, że mogłam je również wypróbować. Wiesz co mnie mile zaskoczyło? Że dołączona była również bardzo ładna kartka z nakreślonymi odręcznie słowami od zespołu Claresy. Niby nic wielkiego a jednak świadczy o podejściu i jest fajnym gestem.


Top i Baza to podstawa każdej stylizacji. Bez nich nic niestety nie zrobisz. Dlatego też ważne jest, jak te dwa produkty sprawują się jakościowo. Zresztą pisałam o tym również w poprzednim poście przy okazji lakierów z Victoria Vynn.
Baza ma dość rzadką konsystencję. Ładnie się rozprowadza ale radzę zmniejszyć ilość produktu na pędzelku bo może się rozlać. Co ważnie, nie ma tu drażniącego zapachu jak w przypadku chociażby lakierów Semilac.
Top jest odrobinę gęstszy ale tu również musisz kontrolować ilość. Nadaje ładny połysk i jest całkiem spoko.
Chciałam również sprawdzić, jak te lakiery sprawdzają się w pracy z hybrydami innych firm. Chodziło mi tutaj o ich uniwersalność bo jest to dla mnie ważna sprawa. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której klientka prosi mnie o stylizację z użyciem kolorów z różnych firm i każdy lakier paruję z osobną bazą i topem. Dlatego przy tej stylizacji połączyłam bazę i top z lakierem Semilac. Powiem szczerze, że nie jest najgorzej. Co prawda trochę mi się lakier zadzierał ale to prawdopodobnie z racji tego, że gryzę paznokcie. Nie myl z obgryzaniem bo to nie to! Taki mam odruch, że przygryzam sobie paznokcia :D


Wybór kolorków pozostawiłam przedstawicielce jednak zaznaczyłam, że chciałbym coś żywego i letniego. I tak też trafiłam! Soczysta zieleń 302 Green Snake i 02 Yellow Mouse idealnie spełniły moje oczekiwania. Zresztą sama zobacz jak pięknie wyglądają <3


302 Green Snake  to neonowa zieleń. Jest moim zdecydowanym faworytem. Ma świetne krycie i przy dwóch warstwach płytka jest równomiernie pokryta. Konsystencja nie sprawia problemów a precyzyjny pędzelek pozwala na szybkie nałożenie produktu.
02 Yellow Mouse delikatnie mnie zawiódł swoim kryciem. Jest to tzw. lakier pół transparentny, czyli taki przy którym musisz użyć białego podkładu bo inaczej będą prześwity. Nie lubię tych lakierów strasznie ale chyba każda firma takie ma. Z Semilaca też taki posiadam i zawsze jest kupa roboty przy malowaniu. Trzy warstwy lakieru powodują, że jakoś to wygląda ale szału nie ma. Szkoda bo kolor jest bardzo ładny. Taki słonecznikowy.


Dodatek w postaci buteleczki z Cleanerem bardzo mnie ucieszył. I ten produkt zasługuje na miano największego odkrycia w moim kufrze! Czemu? Bo w przeciwieństwie do WSZYSTKICH znanych mi produktów do odtłuszczania ten pachnie bardzo przyjemnie.Ja tu wyczuwam mango ale to pewnie tylko moje skojarzenie:D Bardzo duży plus!


Jeżeli czytasz mojego bloga to wiesz, że hybryda to na moich paznokciach tydzień, góra półtorej. Jeżeli lakiery przetrzymają ten czas, to uważam je za trwałe produkty. Tak jest i w tym przypadku. Minął tydzień i wszystko jest jak najbardziej w porządku.  Mówiąc krótko lakiery Claresa to świetna jakość i niskie ceny. A właśnie! Robiąc zakupy z moim kodem rabatowym (patrz kolumna po prawej stronie --------->) dostajesz  - 30 % rabatu. Nie zwlekaj i biegnij na zakupy :D Lakiery dostaniesz w oficjalnym sklepie CLARESA.

A może Ty też miałaś możliwość poznania nowej jakości na polskim rynku? Jeżeli tak to koniecznie daj znać jakie są Twoje odczucia :)


17.08.2016

It's me Victoria Vynn - z Nowego Jorku na polskie salony

W dzisiejszych czasach wiele z nas pozwala sobie na luksus w postaci pazurków hybrydowych w domowym zaciszu. Zestawy startowe kuszą niewygórowaną ceną a w kwestii produktów firmy biją się na łeb, na szyje. Jest ich mnóstwo. A tak się składa, że sama dorabiam sobie na paznokciach i wiem, czego oczekiwać od dobrych produktów. Dziś pokarzę Ci nowość, która zawitała w nasze polskie progi prosto z amerykańskiego New York City. Moje Drogie Panie poznajcie Victorię Vynn.


Nowy Jork to bez wątpienia sam środek światowych trendów i stolica mody. To właśnie stąd firma czerpie swoje inspiracje na nowe produkty i nietuzinkowe połączenia kolorystyczne.
Zestaw, o którym dzisiaj opowiem to Salon Gel Polish System. Jest to system światłoutwardzalnych lakierów o właściwościach soak off. Nie myl tego z typową hybrydą bo takową nie jest. Ale spokojnie, zaraz Ci wszystko wytłumaczę i wyjaśnię, co do czego służy.


Gel Polish Tape Bond  to preparat bezkwasowy, który stanowi podkład na naturalnej płytce paznokcia, gruntując ją i zwiększając przyczepność całej stylizacji. Co w nim dobrego? A no to, że nie zawiera polimerów i jest całkowicie bezpieczny dla płytki. Zapach baaardzo przypomina zmywacz do paznokci i może być troszeczkę drażniący. Zachowuje się tak jak primer nakładany na płytkę pod żel. Szybko się wchłania ale radze uważać z ilością produktu, bo można przedobrzyć.
Gel Polish Base to kolejny krok i jest to już typowa baza pod cały manicure. Jej właściwości są takie jak każdej innej bazy - ma za zadanie "przymocować" całą stylizację do płytki. Konsystencja jest dla mnie idealna. Nie jest lejąca, ale też nie ciągnie się jak glut. Jest odrobinę rzadsza od bazy z Semilaca i to akurat jej zaleta.
Gel Polish Top ląduje na samej górze stylizacji. Ten produkt jest dla mnie bardzo istotny. To on zabezpiecza cały pazurek i chroni od uszkodzeń mechanicznych. Dodatkowo nadaje paznokciom ładny i zdrowy połysk. I tu trochę mi konsystencja nie pasuje bo jest lekko lejąca. Trzeba uważać przy nabieraniu bo mimo precyzyjnego pędzelka może się rozlać. Za to błysk nadaje w sam raz!


Teraz to, co moje oczy lubią najbardziej - przeróżne kolory. Zawsze mam problem z wybraniem kilku. Ciężko mi się zdecydować! A Victoria Vynn oferuje ponad 100 przepięknych kolorów w różnych odcieniach i o kilku wykończeniach. Od delikatnych beżów, przez neony, aż po mieniące się drobinami złota i srebra. I weź tu człowieku coś wybierz. Koniec końców testowałam dwa zestawienia- fiolety i czerwienie. Mam tu również dwa rodzaje wykończenia.

085 Let's Lilac to właśnie taka piękna lila. Delikatny fiolet wpadający we wrzos wygląda bardzo dziewczęco i uroczo. Konsystencja nie pozostawia sobie nic do życzenia a precyzyjny pędzelek pozwala pokryć płytkę raptem dwoma ruchami. Jeżeli chodzi o krycie to jest to kolor na trzy warstwy. Przy dwóch widać delikatne prześwity.
088 Platinum Purple to głęboka śliwka o połyskującym wykończeniu. O tym, że ładnie łączy się z poprzednikiem mówić raczej nie muszę. Będzie fajnym dodatkiem do jesiennych stylizacji, które nadchodzą wielkimi krokami :) Tak jak w przypadku 085, potrzebujesz tutaj trzech warstw aby uniknąć prześwitów.
029 Chick Wine przywodzi na myśl francuskie, czerwone wina. Błyszczące drobinki tylko potęgują efekt. Tutaj już masz lepsze krycie i dwie warstwy są aż nad to wystarczające.
050 Royal Red jest bardzo ładną, elegancką i klasyczną czerwienią. Pasuje do każdej stylizacji i wygląda kobieco. Pigment i krycie są najlepsze z całej czwórki.


Miłym dodatkiem był zestaw klipsów do usuwania manicure. Jak dla mnie są świetne. I nie mówię tego bo muszę. Tak właśnie uważam. Są przemyślane i estetycznie wyglądają. Dzięki regulacji docisku dopasowują się do potrzeb palca. Te chińskie nawet się do nich nie umywają. Cały zabieg to raptem trzy kroki: wacikiem nasączonym specjalnym preparatem owijasz palec i wkładasz do takiego klipsa. Dla przyspieszenia i prawidłowego działania preparatu  na wacik dodaj folie aluminiową.


Dziś mija ponad tydzień odkąd mam na paznokciach 088 i 085. Bez żadnych udziwnień nałożyłam tylko kolory, żeby sprawdzić jak idzie praca z produktami i jak z ich trwałością. Producent zapewnia o trwałości powyżej 14 dni. U mnie co prawda 14 dni nie minęło ale JEŻELI STYLIZACJA WYTRWA NA MOICH PAZNOKCIACH TYDZIEŃ TO JUŻ JEST SUKCES. Dlatego też jestem pod wrażeniem, bo ponad tydzień siedzą i nic strasznego się nie dzieje. Nadal błyszczą jak na początku i ładnie wyglądają. Buteleczki zawierają 8 ml produktu i kosztują 35 zł.


Ja jestem zadowolona na 100 % ( no może tak na 99,9 % bo kilka wad Ci wcześniej przedstawiłam). Szukałam jakiejś odskoczni od Semilaca i chyba znalazłam. Mam nadzieję, że będę miała okazję szerzej poznać asortyment Victoria Vynn bo nie tylko Gel Polish System wchodzi w ofertę firmy.  Znajdziesz tam też żele i nowatorskie wydanie hybrydy - Pure Creamy Hybrid. Ta linia interesuje mnie najbardziej ale ja to mam takie szczęście, że lampy LED teraz  nie mam a tylko taka z tą kremową hybrydą współpracuje ( nie cierpię złośliwości rzeczy martwych!!). Jeśli chcesz poczytać coś więcej i poznać całą gamę produktów Victoria Vynn to odsyłam Cię do strony w tym miejscu.

Jestem ciekawa, czy znasz już nową markę  z nowojorskich salonów. Może również miałaś okazję je testować ?


16.08.2016

(NIE) Taki Bubel Straszny

Mało kiedy zamieszczam na blogu post o bublach. W sumie to mało kiedy natykam się na buble. Dzisiaj jednak jest inaczej. Ba! Bublem jest produkt, który był moim ulubionym. Nie spodziewałam się, że wywinie mi taki numer.


Kredkę do ust dostałam w połowie kwietnia. Zatem minęło 4 miesiące od otwarcia. Po co to pisze? Zobaczysz. Zaraz się wszystkiego dowiesz. Na początek chce Ci pokazać co to za produkt i jakie były nasze początkowe relacje.


Na pierwszy rzut oka kredka prezentuje się bardzo ładnie i elegancko. Plastikowe opakowanie z srebrnym wykończeniem i proste, białe napisy. Prostota i minimalizm bez żadnych udziwnień. Kartonowe pudełeczko też jest niczego sobie.
Kolorek na zdjęciach to numer  4 - bardzo ładna malina. Odcień przepiękny. Od początku wiedziałam, że będzie nam razem dobrze. I tak było. Do czasu.



Przypatrz się teraz samemu produktowi. Pomiń opakowanie i szatę graficzną a skup się na samej końcówce kredki. Widzisz coś niepokojącego ? Co prawda słabo uchwyciłam to na zdjęciu ale widać odbarwienia na taki żółtawy kolor. Wygląda to jak przybrudzone podkładem ale takie nie jest. Najwidoczniej coś tu się nam utlenia i kolor blaknie. To pierwszy gwóźdź do trumny dla tego produktu.


Te kredki mają ogólnie dziwny zapach. Taki sztuczny, lekko mdlący. Po pewnym czasie wraz z odbarwieniami przyszedł zmieniony zapach. Dalej taki sztuczny ale bardziej mdlący. A przecież kredka ma służyć do 12 miesięcy. No ale drugi gwóźdź do trumny wbity.
Teraz przyszła pora na ostatni i najbardziej niebezpieczny. Nałożyłam ją na usta na próbę i szybko się jej z tych ust pozbywałam. Pieczenie i mrowienie było tylko potwierdzeniem tego, że kredka nie nadaje się do używania.


Trochę jestem zbita z tropu bo początkowo była świetna.Mocny pigment i ładne wykończenie nie wskazywały na bubel. A tu po dość krótkim czasie dzieją się takie cyrki. Nie polecam  z całego serca bo może stać się krzywda. Przykro się robi no ale cóż.
Teraz kieruje swoje pytanie do Dziewczyn, które tez tą kredkę dostały. Wam też się tak dzieje?

12.08.2016

Spojrzał Bóg dumnie na Adama a potem rzekł do Ewy: Ty będziesz się malować

No właśnie Moja Droga. Jak to jest z tym makijażem. Mamy go zapisanego w genotypie i każda kobieta rodzi się z chromosomem "makeup" ? Nawet w starożytnym Egipcie kobiety przyozdabiały swoje twarze  malowidłami i podkreślały atuty. To nie jest tak, że jesteśmy brzydkie i zakładamy maskę żeby nie odstraszyć mężczyzn. Makijaż pozwala przykryć i skorygować to, co sprawia że czujemy się nieswojo i mamy kompleksy. Dobrze wykonany makijaż podkreśla nasze atuty i uwydatni piękno kobiecej twarzy. Chociaż u niektórych posiadanie kosmetyków powinno być zakazane. Poważnie. Nie potrafisz to się nie maluj. I nie jestem tu złośliwa ani nie chce nikogo obrazić ale sama z pewnością nie raz widziałaś babeczke, która tak się wymalowała, że jej wygląd wołał o pomstę do nieba, Ale nie o filozofii makijażu dziś mowa. Chcę pokazać Ci co zazwyczaj idzie w ruch gdy robię taki zwykły dzienny mejkap.


To co Ci pokaże to kosmetyki, których obecnie najczęściej używam. Niektóre mam od niedawna ale już zagrzały sobie miejsce w codziennym upiększaniu.
Jak już możesz zauważyć, jest tu coś z tańszych półek ale też droższe perełki się trafiły. Tych drugich jednak jest mniej bo po co  przepłacać skoro w drogeriach też są świetne i tanie kosmetyki ?


Codzienny makijaż oczu to u mnie najczęściej brązy. Dlatego też znajdziesz tu najlepszą paletę neutralnych cieni jaką do tej pory miałam - Maybelline The NUDES. Gości u mnie już od ponad roku więc znam ją na wylot i wiem, że niczym przykrym mnie nie zaskoczy. Cienie mają dobry pigment, przemyślane zestawienie pozwala na makijaż zarówno na dzień jak i na wieczór. Wśród dwunastu cieni aż siedem ma wykończenie błyszczące ( taka mocna satyna). Pozostała piątka to typowe maty. Wiesz za co ją lubię ? Za to, że się nie osypuje, ładnie współpracuje z innymi paletami i nie znika z powieki w ciągu dnia. Do tego jest mała i poręczna więc zmieścisz ją nawet w torebce. Gy dostałam swoją to w Polsce był problem z jej zdobyciem ale teraz wkracza do sprzedaży i u nas.

Czasem brakuje mi na powiece błysku i tu wkracza moje kolejne cudo od Mexmo. Przepiękny pigment 01. Ma bardzo delikatny odcień i pozwala na uzyskanie dwóch różnych efektów. Nałożony pędzlem da delikatne rozświetlenie. Wklepany palcem na bazę lub Duraline tworzy cudowną taflę. Za taką cenę nie ma co się zastanawiać. Jeśli śledzicie moje profile społecznościowe to wiecie, że ten pigment wychwalam w niebiosa.

Makijaż oczu bez podkreślonych brwi to nie to samo. Żeby okiełznać swoje wykańczam je żelem BROWCOLOR z Golden Rose w odcieniu 01. O nim zbyt wiele jeszcze nie powiem, bo mam go dość krótko. Ale póki co dogadujemy się.

Na policzki zawsze wędruje serduszko z Makeup Revolution Peachy Pink Kisses. Śliczne, brzoskwiniowe trio daje ładny i delikatny efekt zarówno jako rozświetlacz  jak i  róż. Jest mega wydajny. Zużycia kompletnie nie widać, więc gdyby nie data przydatności, to służyłby caaaaałe lata.


Podkłady przedstawiam Ci dwa - Inglot HD i Rimmel Lasting Finish. Zazwyczaj albo mixuje je ze sobą albo wybieram Rimmel ze względy na jego lekkość. Inglot to podkład do zadań specjalnych i na co dzień może być przytłaczający. Gdy nie potrzebuję super krycia i chce wyglądać naturalnie, wybieram Rimmela.

Puder Bambusowy z Ecocery jest u mnie teraz obowiązkowy bo niestety ryjek mi się świeci. Przedtem używałam ryżowego i też jest w porządku. Niewielki wydatek a bardzo fajne produkty.

Jak mam więcej czasu to konturuję twarz w dwóch etapach: najpierw na mokro stickiem Mastercontour od Maybelline a następnie bronzerem Honolulu. Jak zapewne wiesz, cały internet o nim szumi. No to kupiłam i ja. I jak otworzyłam to zwątpiłam. Jest baaardzo ciepły. Prawie ceglasty. No i jak tu takim się wykonturować ( a raczej ocieplić bo do konturowania służą chłodne odcienie!) ? Trochę trwało zanim się nauczyłam z nim pracować ale daliśmy wspólnie rade :) Z kolei maluch z Maybelline to świetna rzecz! Jedyne co mi w nim przeszkadza to to, że jest właśnie takim maluchem. Mogłoby być go odrobinę więcej.

Kto nie słyszał o popularnych Liquid Matte Lipstick od Golden Rose? Ile razy ja się nachodziłam do stoiska w poszukiwaniu 10...Ale się udało. Teraz, gdy ten szał na nie troszeczkę minął ma i ja swoją matową truposzkę. Czemu truposzkę? A no bo daje wrażenie takich trupich, sinych ust :D


Nie mogło zabraknąć tu również perełki z M.A.C.,o której pisałam w poprzednim poście ( masz teraz 5 min przerwy, żeby sobie poczytać).

Czasem trzeba zatuszować zaczerwienienia. I tu pojawia się nowość od W7 w postaci zielonego korektora korygującego. Musze go pochwalić za mocny pigment ale opakowanie jest nieporęczne i struktura mogła by być lżejsza.

Pod podkład też pasuje coś nałożyć. No to łapie za bazę z Inglota z SPF 20, coby mi twarzyczki nie zjarało.


Ten Max Factor 2000 Calorie, którego widzisz na samym dole ( tuż obok palety do brwi My Secret) to zdecydowanie mój ulubiony tusz. Różnie nasze losy się toczyły. Przez chwile się poróżniliśmy ale ostatecznie znów jesteśmy w kochającym się związku.

Tak to się mniej więcej przedstawia. Zabrakło tylko korektora pod oczy 01 Collection bo gdzieś się zawieruszył. Myślę, że nie ma tu żadnych rewelacji. Większość tych kosmetyków dostaniesz w drogeriach internetowych.

A jak przedstawia się Twój dzienny makijaż ? Jest pełny czy może rezygnujesz z niektórych produktów? Koniecznie daj znać!


09.08.2016

Czy podróbka jest warta tyle co oryginał?

Zakupy z chińskiej strony Aliexpress to teraz szał. Dostaniesz tam dosłownie wszystko. Od wyposażenia kuchni, przez elementy z motoryzacji, aż po kosmetyki i akcesoria z działu beauty. Kuszą niskimi cenami i całkiem możliwą jakością. Szukając inspiracji do dekoracji ślubnych wstukałam sobie stronkę i przejrzałam jej zawartość. Stwierdziłam sobie, że czemu nie i zamówiłam coś na próbę. Padło na ślubne spinki do mankietów dla Mojego K. i duplikat szminki z M.A.C. Tak się składa, że mam oryginalną szminkę z salonu więc od razu wiedziałam, że będzie porównanie.


Oczywiście zamawiając kosmetyk wiedziałam,że nie jest to prawdziwy produkt firmy M.A.C. Nie ma szans, żeby dostać kosmetyki światowych firm w tak niskiej cenie. 
W zasobach miałam już limitke z matowym wykończeniem No Faux Pas. Jest to bardzo intensywna fuksja w pięknym macie. 
Z Aliexpress zamówiłam sobie inną limitke z kolekcji Giambattista Valli o nazwie Tats (tak mi się bynajmniej wydaje, że to jej nazwa). Podobnie jak poprzednia, zawiera matowe wykończenie i ma bardzo zbliżony odcień fuksji. 


Na pierwszy rzut oka nie widać zbytnio różnić między oryginałem a duplikatem. Obie posiadają zapach - przy oryginalnej szmince jest to słodki zapach wanilii, natomiast aliexpressowa ma "chemiczny zapach wanilii". Widać, że starano się odwzorować zapach ale jest on sztuczny. Nie oznacza to jednak, że szminka pachnie typowo chemią jak w przypadku niektórych kosmetyków bywa. 

Opakowanie już kilka różnic dostarcza. Jak się dokładnie przyjrzysz to zauważysz, że ta różowa (to właśnie to różowe wdzianko mnie skusiło :) ) jest większa od oryginału. Jest też gorzej wykonana bo wszystkie elementy są tu plastikowe a nie metalowe jak w przypadku No Faux Pas.

Drobne różnice widoczne są również w logo. To umieszczone na zatyczce oryginału jest mniejsze i bardziej hmmm....estetyczne ? Na chinolu widać niedociągnięcia i krzywe linie ale wymaga to baaaardzo szczegółowej obserwacji.


Jak widzisz kolory są bardzo zbliżone. Oryginał jest nieco ciemniejszy i mocniej napigmentowany. Tu wystarczy jedno pociągnięcie i usta są ładnie pokryte kolorem. Przy podróbce pigment jest słabszy i potrzeba 2-3 pociągnięcia ale i tak jest to dobra pigmentacja. Niektóre szminki z drogeryjnych półek mają gorszą albo taką samą. 

Sama faktura kosmetyku też się różni. Oryginał jest bardziej trwały i taki gęsty/suchy  (pojęcia nie mam, jak mam Ci to przedstawić :D). Różowe cudo niestety delikatnie się odbija i jest bardziej masełkowate. Również ten mat jest inny w obu przypadkach. 


Jeśli chodzi o trwałość na ustach to chyba nie muszę Ci mówić, co trzyma się dłużej. Bynajmniej nie oznacza to, że szminka z Aliexpress nie jest trwała. Daje rade i kilka godzin na ustach wytrzymuje. 
Nie spowodowała u mnie żadnych uczuleń ani nic złego mi się nie dzieje więc tu leci ogromny plus.

Różnica cenowa to ogromna przepaść :D Oryginał to wydatek na przestrzeni 90/100 zł. Trochę sporo i osobiście bym się chyba nie zdecydowała na taki zakup ( swoją dostałam z prezencie razem z innymi kosmetykami od salonu w Krakowie). Na chińskiej stronce zapłaciłam zawrotną sumę aż.......7 zł :D No to sobie teraz przekalkuluj. 

Czy warto kupować takie podróbki z Chin? Powiem Ci tak: Jeśli szukasz jakości M.A.C. idąc po taniości to się zawiedziesz. Jeżeli natomiast szukasz czegoś co fajnie wygląda, nie robi krzywdy a przy okazji przypomina szminkę M.A.C, to za taką cenę warto :) Ja się z tą podróbką polubiłam, ponieważ jest dla mnie dobrym kosmetykiem. Nie patrzę na nią jak na produkt M.A.C. 

A jakie są Twoje odczucia w kwestii takich zakupów z chińskich stron ? Z chęcią posłucham co warto a czego lepiej nie kupować na Aliexpress!



05.08.2016

Jak być glam ?

Autorka poradnika ma ponad dwa miliony subskrybentów kanału na You Tube. Dwukrotnie nagrodzona przez magazyn "Cosmopolitan" tytułem Best Vlogger Award. Kim jest Fleur De Force ? Odpowiedź znajdziesz w jej książce " Jak być Glam? Przewodnik po szczęściu i urodzie".


You Tube zrzesza w swoich kręgach miliony ludzi. Nie zaskoczę Cię chyba stwierdzeniem, że zdecydowana większość to przedstawiciele świata beauty i fashion. Fleur De Force jest obecnie jedną z najpopularniejszych vlogerek modowych i postanowiła podzielić się swoją wiedzą za pośrednictwem słowa pisanego. Książka trafiła do mnie jako upominek w Dębicy na Blogerskim Dniu Kobiet i wniosła do mojego życia wiele dobrego.


Na pierwszy rzut oka możesz zauważyć przyjemną szatę graficzną. Efekt rozmytej akwareli i złote dodatki sprawiają, że całość wygląda bardzo dziewczęco!
 Na dobry początek znajdziesz parę słów od samej Autorki. Poznasz jej marzenia z dzieciństwa i ścieżkę do sukcesu, który obecnie osiągnęła. Takie słowa wstępu od autora są dla mnie atutem w różnego typu przewodnikach. Dzięki nim wiem, kto do mnie przemawia  i utożsamiam się z autorem. To taki rodzaj komunikacji i pełnego zrozumienia.


Wertując kolejne strony napotkasz rozdziały poświęcone urodzie, pielęgnacji włosów, modzie, podróżom, sprawności fizycznej, miłości oraz podstawom organizacji pracy na You Tube i blogowaniu. Przede wszystkim jest to prawdziwa skarbnica wiedzy. Niektóre poradniki zawierają suchą teorię, która w sposób psychologiczny próbuje nakierować Cię na ścieżkę lepszego życia. Tu Autorka postawiła na prosty język, szerokie spektrum tematów i praktyczne porady.


Znajdziesz  wiele przepisów na zdrowe jedzenia, odżywcze koktajle, domowe maski na twarz i włosy czy wskazówki jak dobrze dopasować strój do sylwetki i okazji. Każdy dział zakończony jest krótkimi wskazówkami, które z pewnością ułatwią Ci wiele czynności życia codziennego.

Wiesz co najbardziej przekonuje mnie do tej lektury? To, że Fleur jest zwykłą dziewczyną. Taką jak ja i Ty. Dziewczyną ( właściwie to Kobietą), której hobby było blogowanie i nagrywanie dla innych. Hobby to przerodziło się w prace, bo dzięki swojemu zaangażowaniu i sposobie bycia znalazła rzesze fanów. Nie jest to książka napisana przez jakiegoś lekkoducha tylko po to, żeby powiększyć swoje zyski i sławę. Że też człowiek w szkole był taki głupi i nie uczył się języków. Gdybym się w liceum przyłożyła do francuskiego, to dzisiaj na bieżąco oglądałabym jej filmy!


Jeśli szukasz lekkiej i pełnej porad lektury na lato to  całym sercem polecam tą książkę. Gwarantuję, że się nie zawiedziesz :) 
Na stronie Wydawnictwa Literackiego dostaniesz ją teraz z rabatem za 29, 67 zł. Czego chcieć więcej?!



02.08.2016

Czym się konserwuje ?

Pielęgnacja twarzy jeszcze do niedawna była dla mnie tematem nieznanym. Nie przykładałam do tego zbyt wielkiej uwagi bo myślałam, że jeszcze tego nie potrzebuję. Jakże byłam w błędzie! Mimo, że mam dopiero 22 lata na karku, to muszę się już zacząć dobrze "konserwować".


To, co widzisz na zdjęciu to cała zawartość kosmetyczna pod względem mojej pielęgnacji twarzy. Z ręką na sercu się przyznaję, że 1/2 tych rzeczy dostałam na spotkaniach blogerskich i w sumie zaleganie na półkach zmotywowało mnie, żeby zacząć tego wszystkiego używać. 
Totalnie przepadłam w maskach na twarz. Moja mania. Staram się robić je tak często, jak to tylko możliwe. Ale oczywiście bez przesadyzmu. Zbyt częste maseczki mogą przynieść odwrotny rezultat. Przedstawiam Ci trzy rodzaje masek, które stosuje. 
Pierwsza z nich to maska oczyszczająca z glinką niebieską od bardzo popularnej Babuszki Agafii (lub spolszczając Bani Agafii). Produkt genialny, cena śmieszna. Jeżeli potrzebujesz oczyszczenia to jak najbardziej polecam.
Drugi rodzaj maseczek to tzw. saszetki. Aktualnie akurat testuję maseczki Rossmanowej firmy Rival de Loop w takich podwójnych saszetkach. Tego typu maseczki są właśnie idealne do testów, ponieważ kosztują grosze i jest ich mało więc w razie niepowodzenia nie jest szkoda ich wyrzucić.
Na sam koniec glinka biała. Chyba nie muszę mówić jakie dobrocie ma dla nas glinka biała? No właśnie, przecież Ty już o tym wiesz :) Razem z nią zestawiam najwspanialszy olej kokosowy. Taki mój duecik z Biotanic.


Odpowiednie oczyszczanie twarzy to też ważna sprawa. Tu z pomocą przychodzą mi trzy produkty. Złuszczenie naskórka to zadanie dla Żelu z peelingiem od Ziaji. Seria Liście Manuka do każdego rodzaju cery. Tonizacji dokonuję za pomocą zielonego cuda od Bielendy, czyli toniku z ogórkiem i limonką do cery mieszanej i tłustej. Przy demakijażu natomiast wspomagam się wodą micelarną z Allverne



Jak już mam buźkę oczyszczoną to biorę się za krem. Na całą twarz nakładam moją perełkę od AA, a pod oczy wędruje krem z firmy pochodzącej od Sylveco - Vianek. Oba kremy super mi się sprawdzają, są lekkie i nie zatykają więc czego chcieć więcej? 

Na sam koniec zostają usta. Oczywiście nie zawsze je balsamuje. Zazwyczaj przed makijażem albo gdy mam spierzchnięte. A balsam mam w sztyfcie z Himalaya Herbals. Pachnie gumą balonową :D 


Tak więc wygląda moja konserwacja :) Jak coś wypatrzyłaś to daj mi znać. Albo podaj mi jakieś swoje perełki.